Drugiego września pogoda odzwierciedlała
wnętrze górskiego trolla, będącego w głębokiej depresji. A sądząc po raz
wychodzącym, a raz chowającym się za chmurami słońcem, ten troll cierpiał
również na rozdwojenie jaźni. Przy stole Gryfonów panowały różne nastroje:
Hermiona dziobała widelcem w swojej jajecznicy, Ron wzrokiem wypalał dziurę w
planie lekcji, a Harry żywo gestykulował z jakimś wysokim brunetem, próbując go
przekonać, aby dołączył do drużyny Quidditcha.
- Eric, zgódź się! Nigdzie nie znajdę tak
dobrego pałkarza jak ty! – chłopak w odpowiedzi uniósł brwi i westchnął
teatralnie.
- Cóż, Gordon jest całkiem niezły –
stwierdził, a Harry wybałuszył na niego oczy. Ron, który skończył atakować
spojrzeniem kartkę papieru, odezwał się poruszony, żywo gestykulując.
- Gordon?
Całkiem niezły? Nie
słyszałeś, że w zeszłym roku załatwił całą drużynę? Tak naprowadził tłuczki, że
pani Pomfrey miała kolejkę spod drzwi do samego Zakazanego Lasu!
- To chyba dobrze? Znaczy… Quidditch jest
niebezpieczną grą i wszyscy o tym wiedzą, ale przynajmniej osłabił drużynę
przeciwnika, a to…
- Przeciwnika? Przeciwnika? A kto powiedział, że to była
przeciwna drużyna?! – krzyknął Ron, zwracając na ich grupę kilka ciekawskich
spojrzeń. Hermiona, która przysłuchiwała się tej wymianie zdań, parsknęła
cicho, ale widząc mordercze spojrzenie obydwu przyjaciół, udała, że to napad
lekkiego kaszlu.
- Słuchaj, przykro mi, ale ja się na to
nie piszę. Nie jestem aż takim wielbicielem Quidditcha jak wy, a Gordon pewnie
znacznie się poprawił przez rok – chłopak przechylił kielich i wypijając do
końca sok dyniowy, chwycił torbę. Nim zdążyli mrugnąć Gryfon już wychodził z
Wielkiej Sali.
Harry i Ron wymienili ponure spojrzenia, a
nieudolne próby pocieszania przez Hermionę przerwał dość tubalny głos nad nimi.
- Harry Potter, Ron Weasley i Hermiona
Granger zawsze razem, zawsze w chwale – był to nowy profesor, który jeszcze nie
miał z nikim lekcji, więc żaden uczeń nie wiedział czego można się spodziewać
po nauczycielu. Dlatego też cała trójka spojrzała na niego z lekką obawą.
Odetchnęli z ulgą, gdy mężczyzna uśmiechnął się i rzekł:
- Pragnę pogratulować wielkiej odwagi i
umiejętności, które okazały się tak pomocne w walce z siłami zła. Cały świat
czarodziejów wiele wam zawdzięcza.
Zawstydzony Harry wydukał ciche
podziękowania, jak zwykle w takich sytuacjach. Odkąd pokonali Voldemorta,
zdarzały się bardzo często, choć teraz intensywność takich spotkań malała.
Wiedzieli, że ich sława nigdy nie przeminie, choć każde z nich łudziło się, że
kiedyś, gdy wiele niezwykłych osiągnięć przyćmi ich dokonania choćby w
najmniejszym stopniu, to ich życie stanie się mniej męczące. Hermiona i Ron
dopiero teraz mogli się w pełni przekonać, jak Harry czuł się przez te
wszystkie lata, zaczepiany na ulicy i nękany o opowieści związane z
Voldemortem. A żadne z nich nie chciało wracać do przeszłości, która - kto wie
- czy nie zostawiła więcej złego niż przyniosła dobrego. Dlatego ruszyli do
przodu i starali się żyć ze stratą najbliższych, nie odwracając się za siebie.
Hermiona posłała jeszcze profesorowi słaby
uśmiech, a gdy mężczyzna oddalił się nieznacznie, powiedziała:
- Słyszałam, że przyjechał z Nowej
Zelandii, podobno go przenieśli – podkreśliła ostatnie słowo, znacząco
unosząc brwi. Nowy nauczyciel zawsze stanowił źródło plotek w Hogwarcie, jak
zresztą wszystko inne, jednak ten temat był najświeższą nowinką. Harry zmrużył
oczy, a Ron na moment przestał przeżuwać tost.
- Ak to feneśly? – wybełkotał Ron,
wypluwając trochę jedzenia na stół. Hermiona posłała mu zdegustowane
spojrzenie, jednak zignorowała brak kultury chłopaka i kontynuowała.
- Cóż, nie są to sprawdzone informacje,
ale ludzie mówią, że był nauczycielem Obrony Przed Czarną Magią w tamtejszej
szkole. Pewnego razu, gdy był na jakimś zjeździe ważnych profesorów, wydarzył
się wypadek, podczas którego zginęli jego żona i synek. To okropne, strasznie
mu współczuję – spojrzała na nowego nauczyciela, lekko zamyślona. – W każdym
razie, mówiono, że przyczyną była trucizna, a sam wypadek miał drugie dno.
- Drugie dno? Jakie drugie dno? – tym
razem dociekał Harry, a dziewczyna westchnęła ciężko, zirytowana
niedomyślnością przyjaciół.
- Och, chodzi o to, że ktoś to wszystko
upozorował. Sąsiedzi mówili, że parę dni wcześniej po okolicy kręciło się kilku
podejrzanych osób, jednak tydzień później wszyscy równocześnie wyparli się i
zeznali, że to jednak byli śmieciarze i tylko im się zdawało. Tylko, że według
wcześniejszych zeznań te osoby były ubrane w szmaragdowe i granatowe peleryny –
cała trójka wymieniła spojrzenia. Mugole nie mieli pojęcia, że to byli
czarodzieje, a skoro kręcili się w pobliżu domu profesora, to na pewno mieli
związek z wypadkiem. Najprawdopodobniej zmusili lub dzięki odpowiednim środkom przekonali świadków, że to jednak zwykli
pracownicy.
- I policja tak łatwo to odpuściła? –
zapytał Ron.
- Czasami policja woli nie drążyć tematu,
a szczególnie w przypadku skomplikowanych śledztw. To pewnie dlatego dali temu
spokój i nie próbowali wyjaśnić tej całej dziwnej sytuacji ze świadkami –
wyjaśnił Harry, a Hermiona przytaknęła.
- Zgadza się, śledztwo uznano za
zakończone, cała sprawa przycichła i wszyscy uznali to za nieszczęśliwy
wypadek. Bardziej mnie zainteresowała ta trucizna, więc poszłam do…
- Biblioteki – dokończyli zgodnie obaj
Gryfoni, szczerząc się do siebie. Hermiona niezrażona, mówiła dalej:
-…biblioteki i poszukałam wycinek z gazet.
Mało było na ten temat informacji, ale znalazłam dwa krótkie artykuły, według
których żona Meliopta zrobiła obiad z zatrutych grzybów. Podobno sama je
zebrała, a że to kobieta, to nikogo nie zdziwiło, że popełniła błąd i zebrała
nie te co trzeba. Tutaj niby sprawa się kończy, ale według mnie to bardzo
podejrzane.
- Racja, coś tu śmierdzi – stwierdził Ron,
marszcząc brwi. – Ale czekaj, mówiłaś coś, że Meliopta przenieśli, tak?
- Ach, racja! Meliopt był tym strasznie
załamany i po jakimś czasie coś w nim pękło, podobno trochę mu odbiło. Nikt nie
wie co dokładnie się wydarzyło, ale krążą pogłoski, że wcale nie został
przeniesiony, tylko go po prostu wylali.
- Kurczę, poważna sprawa, myślicie, że
nadal ma coś nie po kolei w głowie? – zapytał Ron, patrząc na nich wyczekująco.
Żadne z nich nie odezwało się, jednak wyraz ich twarzy mówił sam za siebie.
Dumbledore znany był ze swojego ekscentryzmu i w ostatnich latach zdarzało mu
się zatrudniać różnych zwyrodnialców, ale mieli nadzieję, że obecna dyrektorka
nie pójdzie w ślady dawnego profesora. Cała trójka miała nadzieję, że tym razem
będzie to ktoś pokroju profesora Lupina. Oczywiście pomijając fakt, że jest
wilkołakiem.
Po śniadaniu udali się na pierwszą w tym
roku lekcję Zielarstwa, którą mieli z Puchonami. Standardowo utknęli na godzinę
w szklarni, wyrywając jakieś tryskające niebezpiecznym jadem rośliny. Ktoś z
Hufflepuff’u musiał udać się do Skrzydła Szpitalnego, ale poza tym lekcja
minęła im dosyć spokojnie, choć Hermiona wyjątkowo nie mogła się skupić. Cały
czas miała w myślach sprawę profesora Meliopta i ten dziwny wypadek. Taką już
miała naturę, że nie lubiła niewyjaśnionych spraw i pytań bez odpowiedzi,
dlatego z niecierpliwością wyczekiwała kolejnej lekcji, którą prowadził nowy
nauczyciel. Zielarstwo trochę jej się dłużyło, ale gdy dobiegło końca i
profesor Sprout pozwoliła im odejść, wybiegła jak strzała z klasy. Niestety
zapomniała, że lekcję Obrony Przed Czarną Magią mają ze Ślizgonami, więc widząc
uczniów tego domu, jej ekscytacja trochę zmalała. Wśród grupki uczniów rzuciła
jej się w oczy blond głowa, co automatycznie naprowadziło jej myśli na
właściciela tej głowy i tego co zrobił dla niej w pociągu. Nadal miała co do
tego mieszane uczucia, a czasami nawet zastanawiała się czy cała ta sytuacja to
nie był wytwór jej wyobraźni. Pierwszy raz w życiu Malfoy nie był dupkiem i
cóż… Malfoyem. Przynajmniej pierwszy raz od kiedy
go poznała.
Jej rozmyślania przerwał marudzący Ron i
Harry, który nic nie mówił, ale właściwie to nawet nie musiał. Miał minę jak w
pierwszej klasie, gdy wyciągnął osmarkaną różdżkę z wielkiego kinola górskiego
trolla. Im też nie podobała się wizja dwóch godzin, spędzonych w towarzystwie
Ślizgonów.
Nie tylko Hermiona Granger oczekiwała lekcji
z nowym profesorem Obrony Przed Czarną Magią. Draco cały ranek rozmyślał nad
dziwnym zachowaniem nauczyciela. Na wczorajszej kolacji i dzisiejszym śniadaniu
czuł na sobie palące spojrzenie, a gdy spoglądał ukosem na Meliopta, ten
odwracał wzrok. Były momenty, gdy chłopak myślał, że może to tylko jego
wybujała wyobraźnia. Dlatego miał nadzieję, że może na lekcjach poobserwuje
profesora i udowodni sobie, że to żadne jego wymysły. Stał oparty o ścianę
niedaleko Zabiniego, który rozmawiał z Nott’em o jakiejś nowej whisky. Sam nie
miał ochoty na żadne rozmowy, nadal odczuwał wytykanie palcami i szepty za
plecami. Ignorował to, choć czasami przychodziło mu to z trudem. Dlatego
trzymał się z daleka i starał nie wyróżniać. Rozejrzał się, szukając wzorkiem
nauczyciela, ale jedyną osobą, którą zobaczył to Granger. Jak zwykle dźwigała
wypchaną książkami torbę, a burza loków unosiła się i opadała z każdym jej
lekkim krokiem. Na polikach miała delikatne wypieki, prawdopodobnie po biegu.
„Jeszcze jej tu brakowało” pomyślał zrezygnowany. Nie wyróżniać się, to trzymać się z
dala od tych, którzy się wyróżniają. W pociągu działał impulsywnie, pomógł jej,
ale wolał trzymać się od całej Trójcy na dystans. Z drugiej strony był trochę
rozczarowany, że jego pomoc została zbyta krótkim „dziękuję”. Liczył, że jeden
dobry uczynek wymaże wszystkie złe – jak naiwnym trzeba być? Ale takie myślenie
wyniósł z domu, ojciec zawsze uważał, że należy mu się wszystko, co tylko chce
i nie musiał się nigdy o nic starać. Przyznawał rację matce, co do tego, że
czysta karta wymaga poświęceń i pracy, ale chyba żaden Malfoy nie był
przyzwyczajony, że o wszystko trzeba się postarać i nie przychodzi to do nas
tak po prostu.
- Witam, zapraszam do klasy – nad jego
głową rozległ się tubalny głos, a zaskoczony chłopak uniósł głowę i zobaczył
profesora. Natychmiast wszedł do klasy i zajął miejsce gdzieś pośrodku. Nie za
bardzo rzuca się w oczy, ale też nie jest całkiem z tyłu, tak aby mieć dobre
miejsce obserwacji.
- Dzień dobry, jak już dobrze wiecie jestem
profesor Meliopt i uczę Obrony Przed Czarną Magią. Moim skromnym zdaniem,
praktyka jest ważniejsza niż teoria, choć nie umniejszam wkładu książek w nasz
rozwój. Dlatego na początek, aby nie zniechęcać was do dalszej pracy, nie
będziemy dzisiaj szaleć, jednak prosiłbym was o przeczytanie rozdziału
pierwszego na trzynastej stronie podręcznika – wszyscy z uwagą słuchali
nauczyciela, a chwilę później rozległy się szmery i co jakiś czas słychać było
szelest przewracanych kartek. Meliopt usiadł przy biurku i zaczął notować coś
na pergaminie, co jakiś czas rzucając okiem na klasę. Draco nie mógł się skupić
na czytaniu, zaprzątnięty myślą o staniu się potencjalnym celem obserwacji
nowego profesora. Co prawda, na lekcji ani razu go nie przyłapał, ale czuł, że za
tym kryje się coś jeszcze. Ciszę przerwał cichy głos, dobiegający gdzieś z tyłu.
- Czy to prawda, że przeniósł się pan z
Nowej Zelandii?
Meliopt uśmiechnął się uprzejmie i
odpowiedział pulchnej blondynce, która zadała pytanie.
- Tak, to prawda. Uczyłem w tamtejszej
szkole, ale dostałem ofertę pracy tutaj, więc postanowiłem skorzystać. A teraz,
proszę wracajcie…
Przerwał mu ciemnoskóry Ślizgon, siedzący
dwie ławki przed Draco.
- Ofertę pracy? A czy to nie pan starał
się tutaj o stanowisko? – chłopak mówił lekko wyzywający tonem, ale Meliopt nie
wydawał się zbity z tropu.
- Cóż, prawdę mówiąc tak, ale warunki były
korzystniejsze niż w Nowej Zelandii. Teraz prosiłbym…
- A czy pana wyjazd z Nowej Zelandii ma
związek z wypadkiem? – rozległ się kolejny głos, a Draco wyprostował się,
uważnie słuchając i bacznie obserwując nauczyciela. Starał się wyłowić
najmniejsze szczegóły, najdrobniejsze zmiany w zachowaniu. Nie wiedział
dlaczego tak bardzo mu na tym zależy, ale czuł, że profesor coś ukrywa i że ma
to jakiś dziwny związek z nim samym. Nadal nie miał pojęcia dlaczego mężczyzna
często go obserwował, a swoją drogą był w tym beznadziejny.
- Wypadkiem? Jakim wypadkiem? – zapytał
któryś z Gryfonów.
- Jak to jakim? Tym ,w którym zginęli jego
żona i synek, kretynie.
Po tych słowach, mimo że prawie
niedosłyszalnych w całym gwarze klasy, zapadła napięta cisza. Draco zauważył,
że Meliopt spiął się nieznacznie, ale nie wiedział czy powodem był natłok okropnych
wspomnień czy może coś innego? Profesor już otwierał usta, aby coś powiedzieć i
Malfoy poprawił się na krześle, jakby miało mu to pomóc lepiej słyszeć
odpowiedź Meliopta. Niestety nauczyciel nie zdążył nic powiedzieć, gdyż jego
wzrok skupił się gdzieś za oknem. Draco podążył spojrzeniem mężczyzny i jego
uwagę przykuła biało-siwa sowa, zbliżająca się w stronę okna. Chwilę później
sowa przyciągnęła wzrok wszystkich w klasie, bo zaczęła dziobać w okno, dając
znak, że chce się dostać do środka. Blondyn z lekkim uczuciem niepokoju i
ściśniętym żołądkiem, rozpoznał w intruzie sowę jego matki, Penelopę. Profesor,
lekko zdziwiony, otworzył okno i wpuścił ptaka do klasy. Przez chwilę młody
Malfoy łudził się, że może ktoś ma podobną sowę do jego matki, ale nóż stanął
mu w gardle, gdy biało-siwe stworzenie wylądowało przed nim na ławce. Drżącą
ręką odwiązał liścik od nóżki i czując na sobie spojrzenia całej klasy,
otworzył zgiętą na pół kartkę. W jednym momencie zrobił się blady jak ściana, a
w drugim zielony, a potem jeszcze znów kompletnie zbielał. Chciał poprosić
nauczyciela o wyjście z klasy, ale nie potrafił wydusić z siebie ani jednego
słowa. Po głowie wciąż kołatała mu się treść krótkiego listu.
„Synu,
Nie wiem jak Ci to przekazać, więc powiem
wprost.
Twój ojciec przepadł. Słuch po nim zaginął.
Niedługo porozmawiamy.
Kocham Cię,
Mama”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz