Skrzaty krążyły od kuchni do jadalni, trzymając w dłoniach półmiski i tace z najróżniejszymi daniami. Starały się nakryć do stołu szybko, lecz musiały uważać żeby nie strącić żadnego naczynia. Chłopak, siedzący przy stole, obserwował je z pewnym zainteresowaniem. Zastanawiał się jak to jest być uległym służącym, niemającym wyboru, własnej woli, a przy tym nie mając z tym żadnego problemu. Skrzaty nigdy się nie sprzeciwiały swojemu panu, a gdyby chociażby o tym pomyślały, musiały zgodnie ze swoją wewnętrzną naturą, natychmiast się ukarać. To dopiero był absurd… Jednak chłopak mógł z gorzkim żalem stwierdzić, że ostatnie siedemnaście lat jego życia wyglądało podobnie jak tych nieszczęsnych służących. Nigdy się nie sprzeciwiał ojcu, nigdy nie podważył zagorzałej wiary w durne stereotypy, nigdy sam nie zmusił się do zastanowienia czy naprawdę są takimi wspaniałymi arystokratami, za jakich się uważali od wieków. Czy faktycznie czysta krew pozwalała im gardzić gorszymi – według nich – ludźmi? Bo czy coś zmieniały ich magiczne umiejętności? Bez nich wszyscy byliby tacy sami, a on czasami myślał, że chciałby żyć w świecie bez durnych podziałów, gdzie wszyscy są równi, gdzie nie ma tych gorszych i tych lepszych. Zastanawiał się czy teraz, gdy odeszło tak wielu, z tak bardzo bezsensownego powodu, mógłby zacząć od nowa. Żyć tak jak on chce, bez żadnej dyktatury, bez strachu, bez pragnienia zadowolenia wszystkich oprócz samego siebie. Mógłby przestać być skrzatem, sługą, popychadłem, środkiem do osiągania celów własnego ojca, nie posiadającym odwagi, by chociaż raz wyrazić jak bardzo ma tego dość. Jak ciężko zasypiać i budzić się z takim ogromem wyrzutów sumienia do wszystkich wokoło, a najbardziej do samego siebie. Za uległość, za tchórzostwo, za zło, które wyrządzał innym, dopiero teraz rozumiejąc, że krzywdził samego siebie, wierząc tak jak jego rodzina, że jest kimś ważnym, bo ma „czystą krew”. Podczas gdy tak naprawdę nie był w niczym lepszy, wręcz przeciwnie, o wiele gorszy.
Do pomieszczenia weszła kobieta, niskiego wzrostu, choć wysokie
obcasy jej eleganckich butów dodawały kilka cali. W dłoniach trzymała granatowy
krawat i z błyskiem w oku skierowała się w stronę chłopaka. Nie mówiąc ani
słowa, delikatnie zawiązała ozdobę na szyi chłopaka, który unikał jej wzroku i tępo
wpatrywał się na ogień w kominku, z którego co jakiś czasy wystrzeliwały iskry.
- Synu? – jej głos odbił się echem od ścian. Położyła rękę na jego
ramieniu, a za chwilę strzepnęła niewidzialny kurz z jego czarnej, szykownej
marynarki. Westchnęła cicho, nie słysząc odpowiedzi. – Wiesz, że możesz ze mną
porozmawiać, prawda?
Chłopak nadal siedział cicho, nie wiedząc co powiedzieć. Nie umiał
ubrać w słowa żalu, jaki posiadał do własnych rodziców, za to, że dopuścili do
jego zepsucia. Jaki rodzic dopuszcza do zakorzenienia tak głęboko niewłaściwych
ideałów? Jak można nie widzieć, że wartości przelewane własnemu dziecku są złe?
Jego rozmyślania przerwał huk, a zaraz po nim wściekły krzyk.
Któryś ze skrzatów zbił drogą wazę, a ojciec udawał, że obchodzi go ile ona
kosztowała i zdzierał głos, wymyślając sługę od najgorszych. Spojrzał na matkę,
a wzrokiem pragnął jej przekazać wszystko co mu ciąży na duszy. Chciał jej
powiedzieć, że tak naprawdę nikogo nie obchodzi ile kosztowała ta cholerna
waza, że mają tyle pieniędzy, iż mogliby kupić tysiące takich samych, może
nawet setki tysięcy. Że przecież ten skrzat popełnił jeden błąd, że to nie jego
wina, że nie powinien zostać tak okrutnie ukarany, lecz matka nie spojrzała na
niego. Zamiast tego, ku jego zaskoczeniu, podeszła do kominka, przy którym stał
ojciec, piorunując wzrokiem skrzata. Stworzenie trzymało, wcześniej rozgrzany
pogrzebacz i przygotowywało się do wymierzenia kary. Narcyza Malfoy z pewną
determinacją w oczach, wyrwała słudze narzędzie i cisnęła nim przez całe
pomieszczenie. Rozległ się głośny brzdęk, a zaraz po nim nastała głucha cisza.
Kobieta stała z zaciętą miną, spojrzała twardo na męża i wciąż patrząc mu w
oczy, zgrabnie, lecz powoli, odwiązała mu krawat i podała skrzatowi. Małe
stworzenie, niedowierzając, spojrzało z rozpaczą na kobietę i drżącą ręką
chwyciło ozdobę. Lucjusz Malfoy stał z miną, wyrażająca nic poza wściekłością i
chłopak wiedział, że nie potrzebuje wiele czasu, aby wybuchnąć. Nadal,
kompletnie nie rozumiejąc postępowania matki, przypatrywał się jej poczynaniom.
- Ignisie, ofiarowując ci ten krawat, ofiaruję ci też wolność, na
którą w pełni zasłużyłeś. Od teraz nie jesteś niczyim podwładnym, nie musisz
nikomu usługiwać, a możesz robić co zechcesz. I wiem, że przeraża cię wizja
życia innego, niż te do którego przywykłeś, ale każdy jest kowalem swojego
losu. Dziękuję ci za twoją służbę. Możesz odejść.
Kobieta zwracając się do skrzata, wcale na niego nie patrzyła. Jej
wzrok był skierowany na jedyne dziecko, tak bardzo skrzywdzone przez życie, po
części z jej winy. I chciała, żeby zrozumiał, że to co mówiła do byłego sługi,
nie odnosiło się tylko do niego. Ponieważ skrzat nie był jedynym, znajdującym
się w pomieszczeniu, który powinien dostać prawo do kierowania swoim życiem,
tak jak chce. I Draco zrozumiał.
On też przecież dostał krawat.