wtorek, 4 kwietnia 2017

Rozdział IV

Plotki w Hogwarcie rozchodziły się naprawdę błyskawicznie, a może i nawet szybciej. Najnowsze wydarzenia zawsze niosły za sobą wiele komentarzy i opowieści. Draco wstając, a właściwie staczając się z łóżka nie spodziewał się większego zainteresowania jego osobą niż dotychczas. Ale i on czasami nie doceniał siły systemu rozpowszechniania informacji w szkole. Okazało się, że już wszyscy wiedzą, że Lucjusz Malfoy zaginął. Cóż, taka przynajmniej jest jedna wersja. Inni twierdzą, że owładnięty szaleństwem były Śmierciożerca postanowił odszukać zmieniacze czasu i przywrócić Voldemorta, a także, że zapragnął życia wśród pawi i zamieszkał na wyspie Cejlon…
Kilkanaście godzin wcześniej
W skąpanym ciemnością gabinecie, oświetlonym jedynie małą biurową lampką, można było dostrzec zarys kilku postaci. Tylko jedna z nich zajmowała krzesło, pozostałe dwie – mężczyzna i kobieta – krążyły niespokojnie po pomieszczeniu.
- Pani Malfoy, rozumiem pani obawy o syna, ale proszę zachować spokój. W Hogwarcie nic mu nie grozi i proszę mnie źle nie zrozumieć, ale pani mąż nie został porwany, tylko zaginął. To jest istotna różnica i nie bardzo rozumiem dlaczego twierdzi pani inaczej… - profesor McGonagall starała się myśleć rozsądnie i logicznie, jak to miała w zwyczaju. Fakty mówiły same za siebie – Lucjusz Malfoy zaginął, ale nie było żadnych podstaw, aby twierdzić, że został porwany. Dlatego nie rozumiała dlaczego matka młodego Ślizgona postanowiła uznać męża za porwanego i na dodatek twierdzić, że jej syn również jest w niebezpieczeństwie. Tutaj, w murach Hogwartu! Było to po prostu śmieszne.
- Rozumiem, że mi pani nie wierzy, ale Aurorzy nie wiedzą wszystkiego – powiedziała Narcyza Malfoy, stając w końcu w miejscu i wzdychając ciężko.
Stojący, do tej pory wgapiając się w panele podłogowe, Draco spojrzał na matkę zaskoczony. Dla niego było to dość proste i logiczne – ojciec po tej akcji ze skrzatem zorientował się, że matka nie da sobą już pomiatać i najzwyczajniej w świecie ich zostawił. Zwiał, jak to miał w zwyczaju, kiedy sytuacja go przerastała.
- A czego to Aurorzy nie wiedzą? – zapytała dyrektorka, poprawiając swoje okulary. Sytuacja robiła się coraz bardziej skomplikowana.
- Cóż…Aurorzy przeszukali dom i gabinet Lucjusza, ale nic nie znaleźli, bo jak pani wie, mój mąż po prostu wyszedł i nie wrócił. Rzadko tak postępował, ale akurat był na mnie wściekły, a dowiedziałam się, że zatrzymał się w Czarodziejskim Rogu, więc byłam spokojna. Ale dostałam wczoraj wieczorem list… - Narcyza wyjęła z kieszeni zgiętą kartkę pożółkłego pergaminu i położyła go na mahoniowym biurku. Dyrektorka Hogwartu z miną wyrażającą wielkie nic, zaczęła czytać na głos.
- Jeśli myślisz, że na tym koniec, to się mylisz. Zdrajców i skalanych trzeba zlikwidować, a to co zaczęte skończyć. Lucjusz Malfoy to tylko początek, dopadniemy wszystkich. Ps Hogwart to niesamowite miejsce dla młodych czarodziejów. Immpolu Parage.
Profesor McGonagall wpatrywała się jeszcze przez moment w kartkę, a Draco czuł, że robi mu się niedobrze.
- Dlaczego nie przekazała tego pani Aurorom, tylko mi?
- Ja… sama nie wiem, nie ufam im – Narcyza wiedziała jak głupio to brzmi, ale taka była prawda. Draco w zupełności ją rozumiał, tutaj nie chodziło tak po prostu o zaufanie, ale o fakt, że żaden Auror należycie nie przyłoży się do tego, aby odnaleźć byłego Śmierciożercę czy ochronić syna tego Śmierciożercy.
- Nie bardzo rozumiem czego pani ode mnie oczekuje, mam obowiązek poinformować odpowiednie władzę, to ewidentnie jest groźba, a…
- Wiem, rozumiem, naprawdę. Sama ich o tym poinformuję, tylko chciałam najpierw porozmawiać z panią, bo jestem pewna, że zdziała pani więcej niż Aurorzy – dyrektorka uniosła brwi w geście zdziwienia.
- Dlaczego sądzi pani, że zdziałam więcej niż…
- Pani profesor, naprawdę pani myśli, że Aurorzy przyłożą się do znalezienia byłego Śmierciożercy? Dla nich to obojętne czy zaginął, został rozszarpany przez hipogryfy czy wyjechał na wyspę Cejlon oglądać pawie! Na Merlina, wysłali dwóch aurorów dla niepoznaki, żeby sprawdzili dom, ale nic nie znaleźli, więc sprawa zamknięta. Prawda jest taka, że nikt nam nie pomoże – Draco dziwił się, że tylko dla niego i matki jest to takie oczywiste. Próbując opanować emocje, spojrzał na matkę, która teraz zbladła i wydawała się być kompletnie zagubiona. Ślizgon wiedział, że może zgrywać twardą i opanowaną, ale kochała ojca i na pewno nie ukryje swojego zmartwienia przed własnym synem.
- Chodźmy matko, to bezcelowe – dodał, chwytając ją pod ramię.
- Moment. Zgadzam się wam pomóc, ale musimy ustalić pewne zasady – profesor McGonagall sama nie wydawała się przekonana, ale Draco widząc jak matce rozbłysły oczy, uznał, że nie może jej pozbawić ostatniej deski ratunku. Skoro dyrektorka chce im pomóc, to się zgodzi, ale postanowił, że weźmie sprawy w swoje ręce. Jeśli chce się zrobić coś dobrze, to najlepiej to zrobić samemu.
- Po pierwsze, od teraz jeśli dostanie pani jakiś list, to od razu mi go pani przekaże. Chcę, żeby informowała mnie pani o wszystkim, dobrze? – Narcyza pokiwała głową, uśmiechając się słabo. McGonagall skierowała swój surowy wzrok na Draco. – Ty również mnie informujesz, w razie gdyby coś się wydarzyło, zrozumiano?
Draco kiwnął głową, ale nie wierzył, że profesorka naprawdę ma zamiar zrobić coś w tej sprawie.
- Dobrze, najważniejsze jednak, aby nie informować o tym aurorów… Konfiskowaliby każdy istotny dowód i nie dopuszczali do ważnych informacji. A tak, zgodnie z tym co powiedziałeś Draco, odpuszczą sobie tą sprawę, myśląc, że nie pojawiły się żadne nowe poszlaki. To da nam pole do działania. Myślę, że to wszystko na dzisiaj, będę się z panią komunikować listownie. Na razie muszę przemyśleć od czego zacząć i chciałabym też zatrzymać tą pogróżkę, w porządku?
Narcyza Malfoy odetchnęła z ulgą i poczuła jakby zdjęto jej pięćdziesięciokilowy ciężar z pleców. Nie sądziła, że dyrektorka się zgodzi, ale musiała spróbować. Już i tak wariowała z powodu Lucjusza, a tak przynajmniej ktoś weźmie na poważnie tę sytuację i nie zbagatelizuje zagrożenie, jakie czyha na jej syna. Powoli zbierała się do wyjścia, więc Draco podszedł do drewnianego drążka, na którym przesiadywał feniks Faweks. Naszła go pewna  myśl, więc udał zainteresowanego ptakiem, aby nie wzbudzić żadnych podejrzeń.
- Tak, oczywiście, dziękuję pani bardzo, to ogromnie miłe z pani strony – kobiety uścisnęły sobie dłonie, a profesor McGonagall odprowadziła Narcyzę do drzwi. Draco korzystając z okazji wyjął szybko różdżkę i za pomocą zaklęcia wyczarował kopię pergaminu. Szybko ruszył do drzwi, nie wzbudzając podejrzeń i pogratulował sobie w duchu - spryt zawsze był jedną z jego wielu zalet. Teraz przynajmniej będzie miał od czego zacząć.
W opustoszałym już pomieszczeniu, dyrektorka usiadła na swoim wygodnym fotelu i zdjęła okulary, przecierając oczy ze zmęczenia. Naprawdę nie sądziła, że to dobry pomysł, ale skoro był to jedyny sposób…
- Minerwo miej trochę więcej wiary, myślę, że tylko tak uda się sprawić, aby Draco uwierzył w nasze intencje – odezwał się starszy mężczyzna, obecnie znajdujący się w czterech ramach obrazu, wiszącego obok okna. – Już raz próbowałem go ocalić, nic nie jest stracone, profesor McGonagall.
- Nie jestem pewna Albusie,  jak niby zatajenie informacji przed Aurorami ma być pomocne w ocaleniu duszy siedemnastolatka? – zapytała dyrektorka dość sarkastycznie, spoglądając w wesołe oczy „mieszkańca” obrazu.
- Och, nie chodzi tutaj o jego ojca. Draco z Lucjuszem łączą skomplikowane relacje, to on ostatecznie zadecydował o jego służbie u Voldemorta. Nie można ukryć, że chłopak ma ogromny żal do ojca, ale mimo że wojna dawno się skończyła, on sam nie posiada zdrowych motywów, aby całkowicie nie zatracić się w swoim uprzedzeniu. A tak mocno zakorzenione uczucia mogą pochłonąć go całkowicie albo przekształcić się w coś innego… Ważne, aby pomogła mu w tym odpowiednia osoba – były dyrektor Hogwartu wrzucił do ust cytrynowego dropsa, maskując rozbawienie. Mina profesor McGonagall omal nie przyprawiła go o wybuch niekontrolowanego śmiechu.
- Chcesz mi powiedzieć, że opóźniamy własne śledztwo i pozwalamy, aby zajął się tym nastolatek, prawdopodobnie narażając człowieka tylko po to, aby mógł romansować z jakąś uczennicą? – kobieta spojrzała na kolegę po fachu z niedowierzaniem. To chyba jakieś żarty.
- Nie ująłbym tego w ten sposób, Minerwo. Oczywiście, że będziemy prowadzić własne śledztwo w sprawie Lucjusza Malfoya, ale bardzo dyskretnie i pozwolimy wierzyć chłopakowi, że to jemu najbardziej na tym zależy. Jego matka jest przygnębiona, na co Draco nie może patrzeć, dlatego będzie zmotywowany, aby sam rozwiązać tę sprawę. Jednak samodzielnie nie da rady, a my sprawimy, że osoba, która mu pomoże będzie… - tu zastanowił się przez chwilę, przeczesując palcami siwą brodę. -… stosowna.
- W jakim sensie stosowna, Albusie?
- Znam jedną uczennicę, która jest na tyle wrażliwa i otwarta, że zdoła pomóc Draconowi. Może nie pałają do siebie sympatią, ale osobiście uważam, że to trafny wybór. Mam nadzieję jednak, że zaczarowałaś list, tak jak cię prosiłem?
- Tak, oczywiście – przytaknęła profesor McGonagall, zastanawiając się do kogo trafi zaczarowany pergamin. Wiedziała, że Dumbledore jej tego nie powie, uwielbiał być tajemniczym, ale pomimo jego niekonwencjonalnych metod, ufała mu. Nigdy nie zawiódł i zazwyczaj, nawet w najmniej istotnych sprawach miał rację. Nie mogła tego nie docenić, dlatego westchnęła ciężko, ponieważ sama nie była co do tego absurdalnego pomysłu przekonana.
- To duże ryzyko Albusie, skąd pewność, że wszystko pójdzie z planem? – zapytała, odrobinę niezadowolona. Wątpiła w powodzenie tej całej akcji z młodym Malfoyem.
- Minerwo, musisz docenić siłę miłości, przecież to najpotężniejsza magia ze wszystkich. Ta dwójka natomiast mogłaby się wydawać różna pod każdym względem, jednak w rzeczywistości są jak lustrzane odbicia.
Kobieta nie skomentowała tego stwierdzenia, zamiast tego ponownie westchnęła. Albus widząc to, wiedział, że nie jest w stanie w pełni przekonać koleżanki do swojego pomysłu, więc zamiast tego zdał się na uprzejmość i jego ulubiony przysmak:
- Dropsa?
A profesor McGonagall pomyślała, że naprawdę zazdrości mugolom niemagicznych obrazów.

W Pokoju Wspólnym Gryfonów Hermiona odrabiała właśnie pracę domową z Astronomii, gdy dosiedli się do niej Ron i Harry.
- Słyszałaś o tym, że Lucjusz Malfoy wyniósł się na jakąś wyspę? – zapytał Ron, zaglądając jej przez ramię. – Myślałem, że zrezygnowałaś w zeszłym roku z Astronomii i zdecydowałaś się na coś innego? Mówiłaś coś, że to denne?
- Nie bądź naiwny Ron, Malfoy gdzieś zaginął, a nie mieszka z jakimiś ptakami. A Astronomia jest mniejszym złem, mogłam wybierać pomiędzy wgapianiem się w niebo albo w szklaną kulę – wybrałam niebo – posłała mu uśmiech i spojrzała na Harry’ego, który wpatrywał się w martwy punkt. Pstryknęła palcami przed jego twarzą, a chłopak mrugnął i powiedział:
- Przepraszam, męczy mnie ta sprawa z Melioptem, wiecie? Strasznie to podejrzane, zauważyliście jak się spiął kiedy ten Ślizgon poruszył temat wypadku?
- Och, Harry, myślę, że jesteś przewrażliwiony. Faktycznie to podejrzane, ale ty też byś się spiął, jak to ująłeś, gdyby ktoś zaczął cię wypytywać o śmierć twoich rodziców – jak na zawołanie, mina mu spochmurniała, a Hermiona uniosła znacząco brwi.
- Wiecie co? Myślę, że Harry ma rację – powiedział, ale widząc wzrok przyjaciółki, dodał:
- Po prostu widziałem dzisiaj jak dwie uczennice spytały się czy słyszał co się stało, a gdy mu powiedziały, że chodzi o Malfoya, to uwierzcie mi, zrobił się prawie przezroczysty.
- Dobra, to jest już dziwne. Czemu miałby się przejmować Malfoyem? – odezwała się Hermiona, przerywając pisanie referatu. Zaczęło ją to niepokoić. Za dużo przeszli, żeby tak po prostu ignorować dziwne sytuacje, bo prawie zawsze kryło się za tym coś więcej.
- Może się znali? – snuł przypuszczenia Harry, a cała trójka zamyśliła się, analizując taką możliwość. Po chwili Hermiona wstała i rzekła tak często wypowiadane przez nią zdanie:
- Idę do biblioteki.

Chłopcy zdążyli tylko wymienić uśmiechy, gdy portret Grubej Damy zamknął się za nią bezszelestnie. Dla Gryfonki biblioteka była najlepszym źródłem wiedzy, więc raźnym krokiem ruszyła na czwarte piętro, zastanawiając się po drodze od czego zacząć poszukiwania informacji na temat nowego profesora. Oderwała się od myśli, gdy spostrzegła zwitek pergaminu leżący na schodach, prowadzących do łazienki prefektów. Zaintrygowana przeczytała jego treść, a wraz z kolejnym słowem jej oczy nabierały większych rozmiarów. W tym samym czasie, Draco, który wcześniej gratulował sobie sprytu, teraz gratulował sobie głupoty.

Rozdział III

Drugiego września pogoda odzwierciedlała wnętrze górskiego trolla, będącego w głębokiej depresji. A sądząc po raz wychodzącym, a raz chowającym się za chmurami słońcem, ten troll cierpiał również na rozdwojenie jaźni. Przy stole Gryfonów panowały różne nastroje: Hermiona dziobała widelcem w swojej jajecznicy, Ron wzrokiem wypalał dziurę w planie lekcji, a Harry żywo gestykulował z jakimś wysokim brunetem, próbując go przekonać, aby dołączył do drużyny Quidditcha.

- Eric, zgódź się! Nigdzie nie znajdę tak dobrego pałkarza jak ty! – chłopak w odpowiedzi uniósł brwi i westchnął teatralnie.

- Cóż, Gordon jest całkiem niezły – stwierdził, a Harry wybałuszył na niego oczy. Ron, który skończył atakować spojrzeniem kartkę papieru, odezwał się poruszony, żywo gestykulując.

- Gordon? Całkiem niezły? Nie słyszałeś, że w zeszłym roku załatwił całą drużynę? Tak naprowadził tłuczki, że pani Pomfrey miała kolejkę spod drzwi do samego Zakazanego Lasu!

- To chyba dobrze? Znaczy… Quidditch jest niebezpieczną grą i wszyscy o tym wiedzą, ale przynajmniej osłabił drużynę przeciwnika, a to…

- Przeciwnika? Przeciwnika? A kto powiedział, że to była przeciwna drużyna?! – krzyknął Ron, zwracając na ich grupę kilka ciekawskich spojrzeń. Hermiona, która przysłuchiwała się tej wymianie zdań, parsknęła cicho, ale widząc mordercze spojrzenie obydwu przyjaciół, udała, że to napad lekkiego kaszlu.

- Słuchaj, przykro mi, ale ja się na to nie piszę. Nie jestem aż takim wielbicielem Quidditcha jak wy, a Gordon pewnie znacznie się poprawił przez rok – chłopak przechylił kielich i wypijając do końca sok dyniowy, chwycił torbę. Nim zdążyli mrugnąć Gryfon już wychodził z Wielkiej Sali.

Harry i Ron wymienili ponure spojrzenia, a nieudolne próby pocieszania przez Hermionę przerwał dość tubalny głos nad nimi.
- Harry Potter, Ron Weasley i Hermiona Granger zawsze razem, zawsze w chwale – był to nowy profesor, który jeszcze nie miał z nikim lekcji, więc żaden uczeń nie wiedział czego można się spodziewać po nauczycielu. Dlatego też cała trójka spojrzała na niego z lekką obawą. Odetchnęli z ulgą, gdy mężczyzna uśmiechnął się i rzekł:
- Pragnę pogratulować wielkiej odwagi i umiejętności, które okazały się tak pomocne w walce z siłami zła. Cały świat czarodziejów wiele wam zawdzięcza.

Zawstydzony Harry wydukał ciche podziękowania, jak zwykle w takich sytuacjach. Odkąd pokonali Voldemorta, zdarzały się bardzo często, choć teraz intensywność takich spotkań malała. Wiedzieli, że ich sława nigdy nie przeminie, choć każde z nich łudziło się, że kiedyś, gdy wiele niezwykłych osiągnięć przyćmi ich dokonania choćby w najmniejszym stopniu, to ich życie stanie się mniej męczące. Hermiona i Ron dopiero teraz mogli się w pełni przekonać, jak Harry czuł się przez te wszystkie lata, zaczepiany na ulicy i nękany o opowieści związane z Voldemortem. A żadne z nich nie chciało wracać do przeszłości, która - kto wie - czy nie zostawiła więcej złego niż przyniosła dobrego. Dlatego ruszyli do przodu i starali się żyć ze stratą najbliższych, nie odwracając się za siebie.
Hermiona posłała jeszcze profesorowi słaby uśmiech, a gdy mężczyzna oddalił się nieznacznie, powiedziała:
- Słyszałam, że przyjechał z Nowej Zelandii, podobno go przenieśli – podkreśliła ostatnie słowo, znacząco unosząc brwi. Nowy nauczyciel zawsze stanowił źródło plotek w Hogwarcie, jak zresztą wszystko inne, jednak ten temat był najświeższą nowinką. Harry zmrużył oczy, a Ron na moment przestał przeżuwać tost.

- Ak to feneśly? – wybełkotał Ron, wypluwając trochę jedzenia na stół. Hermiona posłała mu zdegustowane spojrzenie, jednak zignorowała brak kultury chłopaka i kontynuowała.
- Cóż, nie są to sprawdzone informacje, ale ludzie mówią, że był nauczycielem Obrony Przed Czarną Magią w tamtejszej szkole. Pewnego razu, gdy był na jakimś zjeździe ważnych profesorów, wydarzył się wypadek, podczas którego zginęli jego żona i synek. To okropne, strasznie mu współczuję – spojrzała na nowego nauczyciela, lekko zamyślona. – W każdym razie, mówiono, że przyczyną była trucizna, a sam wypadek miał drugie dno.
- Drugie dno? Jakie drugie dno? – tym razem dociekał Harry, a dziewczyna westchnęła ciężko, zirytowana niedomyślnością przyjaciół.

- Och, chodzi o to, że ktoś to wszystko upozorował. Sąsiedzi mówili, że parę dni wcześniej po okolicy kręciło się kilku podejrzanych osób, jednak tydzień później wszyscy równocześnie wyparli się i zeznali, że to jednak byli śmieciarze i tylko im się zdawało. Tylko, że według wcześniejszych zeznań te osoby były ubrane w szmaragdowe i granatowe peleryny – cała trójka wymieniła spojrzenia. Mugole nie mieli pojęcia, że to byli czarodzieje, a skoro kręcili się w pobliżu domu profesora, to na pewno mieli związek z wypadkiem. Najprawdopodobniej zmusili lub dzięki odpowiednim środkom przekonali świadków, że to jednak zwykli pracownicy.

- I policja tak łatwo to odpuściła? – zapytał Ron.
- Czasami policja woli nie drążyć tematu, a szczególnie w przypadku skomplikowanych śledztw. To pewnie dlatego dali temu spokój i nie próbowali wyjaśnić tej całej dziwnej sytuacji ze świadkami – wyjaśnił Harry, a Hermiona przytaknęła.
- Zgadza się, śledztwo uznano za zakończone, cała sprawa przycichła i wszyscy uznali to za nieszczęśliwy wypadek. Bardziej mnie zainteresowała ta trucizna, więc poszłam do…
- Biblioteki – dokończyli zgodnie obaj Gryfoni, szczerząc się do siebie. Hermiona niezrażona, mówiła dalej:
-…biblioteki i poszukałam wycinek z gazet. Mało było na ten temat informacji, ale znalazłam dwa krótkie artykuły, według których żona Meliopta zrobiła obiad z zatrutych grzybów. Podobno sama je zebrała, a że to kobieta, to nikogo nie zdziwiło, że popełniła błąd i zebrała nie te co trzeba. Tutaj niby sprawa się kończy, ale według mnie to bardzo podejrzane.
- Racja, coś tu śmierdzi – stwierdził Ron, marszcząc brwi. – Ale czekaj, mówiłaś coś, że Meliopta przenieśli, tak?
- Ach, racja! Meliopt był tym strasznie załamany i po jakimś czasie coś w nim pękło, podobno trochę mu odbiło. Nikt nie wie co dokładnie się wydarzyło, ale krążą pogłoski, że wcale nie został przeniesiony, tylko go po prostu wylali.

- Kurczę, poważna sprawa, myślicie, że nadal ma coś nie po kolei w głowie? – zapytał Ron, patrząc na nich wyczekująco. Żadne z nich nie odezwało się, jednak wyraz ich twarzy mówił sam za siebie. Dumbledore znany był ze swojego ekscentryzmu i w ostatnich latach zdarzało mu się zatrudniać różnych zwyrodnialców, ale mieli nadzieję, że obecna dyrektorka nie pójdzie w ślady dawnego profesora. Cała trójka miała nadzieję, że tym razem będzie to ktoś pokroju profesora Lupina. Oczywiście pomijając fakt, że jest wilkołakiem.

Po śniadaniu udali się na pierwszą w tym roku lekcję Zielarstwa, którą mieli z Puchonami. Standardowo utknęli na godzinę w szklarni, wyrywając jakieś tryskające niebezpiecznym jadem rośliny. Ktoś z Hufflepuff’u musiał udać się do Skrzydła Szpitalnego, ale poza tym lekcja minęła im dosyć spokojnie, choć Hermiona wyjątkowo nie mogła się skupić. Cały czas miała w myślach sprawę profesora Meliopta i ten dziwny wypadek. Taką już miała naturę, że nie lubiła niewyjaśnionych spraw i pytań bez odpowiedzi, dlatego z niecierpliwością wyczekiwała kolejnej lekcji, którą prowadził nowy nauczyciel. Zielarstwo trochę jej się dłużyło, ale gdy dobiegło końca i profesor Sprout pozwoliła im odejść, wybiegła jak strzała z klasy. Niestety zapomniała, że lekcję Obrony Przed Czarną Magią mają ze Ślizgonami, więc widząc uczniów tego domu, jej ekscytacja trochę zmalała. Wśród grupki uczniów rzuciła jej się w oczy blond głowa, co automatycznie naprowadziło jej myśli na właściciela tej głowy i tego co zrobił dla niej w pociągu. Nadal miała co do tego mieszane uczucia, a czasami nawet zastanawiała się czy cała ta sytuacja to nie był wytwór jej wyobraźni. Pierwszy raz w życiu Malfoy nie był dupkiem i cóż… Malfoyem. Przynajmniej pierwszy raz od kiedy go poznała.
Jej rozmyślania przerwał marudzący Ron i Harry, który nic nie mówił, ale właściwie to nawet nie musiał. Miał minę jak w pierwszej klasie, gdy wyciągnął osmarkaną różdżkę z wielkiego kinola górskiego trolla. Im też nie podobała się wizja dwóch godzin, spędzonych w towarzystwie Ślizgonów.

Nie tylko Hermiona Granger oczekiwała lekcji z nowym profesorem Obrony Przed Czarną Magią. Draco cały ranek rozmyślał nad dziwnym zachowaniem nauczyciela. Na wczorajszej kolacji i dzisiejszym śniadaniu czuł na sobie palące spojrzenie, a gdy spoglądał ukosem na Meliopta, ten odwracał wzrok. Były momenty, gdy chłopak myślał, że może to tylko jego wybujała wyobraźnia. Dlatego miał nadzieję, że może na lekcjach poobserwuje profesora i udowodni sobie, że to żadne jego wymysły. Stał oparty o ścianę niedaleko Zabiniego, który rozmawiał z Nott’em o jakiejś nowej whisky. Sam nie miał ochoty na żadne rozmowy, nadal odczuwał wytykanie palcami i szepty za plecami. Ignorował to, choć czasami przychodziło mu to z trudem. Dlatego trzymał się z daleka i starał nie wyróżniać. Rozejrzał się, szukając wzorkiem nauczyciela, ale jedyną osobą, którą zobaczył to Granger. Jak zwykle dźwigała wypchaną książkami torbę, a burza loków unosiła się i opadała z każdym jej lekkim krokiem. Na polikach miała delikatne wypieki, prawdopodobnie po biegu.
„Jeszcze jej tu brakowało” pomyślał zrezygnowany. Nie wyróżniać się, to trzymać się z dala od tych, którzy się wyróżniają. W pociągu działał impulsywnie, pomógł jej, ale wolał trzymać się od całej Trójcy na dystans. Z drugiej strony był trochę rozczarowany, że jego pomoc została zbyta krótkim „dziękuję”. Liczył, że jeden dobry uczynek wymaże wszystkie złe – jak naiwnym trzeba być? Ale takie myślenie wyniósł z domu, ojciec zawsze uważał, że należy mu się wszystko, co tylko chce i nie musiał się nigdy o nic starać. Przyznawał rację matce, co do tego, że czysta karta wymaga poświęceń i pracy, ale chyba żaden Malfoy nie był przyzwyczajony, że o wszystko trzeba się postarać i nie przychodzi to do nas tak po prostu.

- Witam, zapraszam do klasy – nad jego głową rozległ się tubalny głos, a zaskoczony chłopak uniósł głowę i zobaczył profesora. Natychmiast wszedł do klasy i zajął miejsce gdzieś pośrodku. Nie za bardzo rzuca się w oczy, ale też nie jest całkiem z tyłu, tak aby mieć dobre miejsce obserwacji.
- Dzień dobry, jak już dobrze wiecie jestem profesor Meliopt i uczę Obrony Przed Czarną Magią. Moim skromnym zdaniem, praktyka jest ważniejsza niż teoria, choć nie umniejszam wkładu książek w nasz rozwój. Dlatego na początek, aby nie zniechęcać was do dalszej pracy, nie będziemy dzisiaj szaleć, jednak prosiłbym was o przeczytanie rozdziału pierwszego na trzynastej stronie podręcznika – wszyscy z uwagą słuchali nauczyciela, a chwilę później rozległy się szmery i co jakiś czas słychać było szelest przewracanych kartek. Meliopt usiadł przy biurku i zaczął notować coś na pergaminie, co jakiś czas rzucając okiem na klasę. Draco nie mógł się skupić na czytaniu, zaprzątnięty myślą o staniu się potencjalnym celem obserwacji nowego profesora. Co prawda, na lekcji ani razu go nie przyłapał, ale czuł, że za tym kryje się coś jeszcze. Ciszę przerwał cichy głos, dobiegający gdzieś z tyłu.

- Czy to prawda, że przeniósł się pan z Nowej Zelandii?
Meliopt uśmiechnął się uprzejmie i odpowiedział pulchnej blondynce, która zadała pytanie.
- Tak, to prawda. Uczyłem w tamtejszej szkole, ale dostałem ofertę pracy tutaj, więc postanowiłem skorzystać. A teraz, proszę wracajcie…
Przerwał mu ciemnoskóry Ślizgon, siedzący dwie ławki przed Draco.

- Ofertę pracy? A czy to nie pan starał się tutaj o stanowisko? – chłopak mówił lekko wyzywający tonem, ale Meliopt nie wydawał się zbity z tropu.
- Cóż, prawdę mówiąc tak, ale warunki były korzystniejsze niż w Nowej Zelandii. Teraz prosiłbym…
- A czy pana wyjazd z Nowej Zelandii ma związek z wypadkiem? – rozległ się kolejny głos, a Draco wyprostował się, uważnie słuchając i bacznie obserwując nauczyciela. Starał się wyłowić najmniejsze szczegóły, najdrobniejsze zmiany w zachowaniu. Nie wiedział dlaczego tak bardzo mu na tym zależy, ale czuł, że profesor coś ukrywa i że ma to jakiś dziwny związek z nim samym. Nadal nie miał pojęcia dlaczego mężczyzna często go obserwował, a swoją drogą był w tym beznadziejny.

- Wypadkiem? Jakim wypadkiem? – zapytał któryś z Gryfonów.
- Jak to jakim? Tym ,w którym zginęli jego żona i synek, kretynie.

Po tych słowach, mimo że prawie niedosłyszalnych w całym gwarze klasy, zapadła napięta cisza. Draco zauważył, że Meliopt spiął się nieznacznie, ale nie wiedział czy powodem był natłok okropnych wspomnień czy może coś innego? Profesor już otwierał usta, aby coś powiedzieć i Malfoy poprawił się na krześle, jakby miało mu to pomóc lepiej słyszeć odpowiedź Meliopta. Niestety nauczyciel nie zdążył nic powiedzieć, gdyż jego wzrok skupił się gdzieś za oknem. Draco podążył spojrzeniem mężczyzny i jego uwagę przykuła biało-siwa sowa, zbliżająca się w stronę okna. Chwilę później sowa przyciągnęła wzrok wszystkich w klasie, bo zaczęła dziobać w okno, dając znak, że chce się dostać do środka. Blondyn z lekkim uczuciem niepokoju i ściśniętym żołądkiem, rozpoznał w intruzie sowę jego matki, Penelopę. Profesor, lekko zdziwiony, otworzył okno i wpuścił ptaka do klasy. Przez chwilę młody Malfoy łudził się, że może ktoś ma podobną sowę do jego matki, ale nóż stanął mu w gardle, gdy biało-siwe stworzenie wylądowało przed nim na ławce. Drżącą ręką odwiązał liścik od nóżki i czując na sobie spojrzenia całej klasy, otworzył zgiętą na pół kartkę. W jednym momencie zrobił się blady jak ściana, a w drugim zielony, a potem jeszcze znów kompletnie zbielał. Chciał poprosić nauczyciela o wyjście z klasy, ale nie potrafił wydusić z siebie ani jednego słowa. Po głowie wciąż kołatała mu się treść krótkiego listu.

„Synu,
Nie wiem jak Ci to przekazać, więc powiem wprost.
Twój ojciec przepadł. Słuch po nim zaginął.
Niedługo porozmawiamy.
                                      Kocham Cię,
                                      Mama”



Mia Land of Grafic