sobota, 18 marca 2017

Rozdział I

Nie spodziewał się tego. Atmosfera w jadalni była tak gęsta, że powietrze można było ciąć nożem. Draconowi przeszło przez myśl, że jedyne co teraz chciałby kroić Lucjusz Malfoy, to własną żonę. Chłopak ze strachem i jednocześnie z ekscytacją czekał na wybuch ojca, który stawał się wtedy nieprzewidywalny, lecz teraz miałby przed sobą niespotykaną przeszkodę – Narcyzę. Młody Malfoy nigdy nie widział, żeby matka zrobiła coś wbrew ojcu, chociaż może było to spowodowane, że rzadko mieli odmienne zdania. Teraz jednak, w obliczu błędów popełnionych w przeszłości, światopogląd zmienił się wielu ludziom, można by stwierdzić, że najbardziej właśnie Draconowi. I choć jego moralna strona nie przeszła metamorfozy o sto osiemdziesiąt stopni, tak z pewnością zrozumiał podstawowe błędy i krzywdy, które popełnił. Do dzisiaj był przekonany, że w Dworze Malfoyów był jedyną osobą, która tak myślała. Mylił się.
- Możesz mi wytłumaczyć dlaczego właśnie pozbyłaś się jednego ze służących? – Lucjusz prawie wypluł te słowa, a na widok lekkiego uśmiechu Narcyzy, jego twarz przybrała czerwony kolor. Draco bez problemu mógłby go teraz porównać do wściekłego błotoryja.
- Zanim zaczniesz unosić głos Lucjuszu, pozwól, że ci wyjaśnię. Pozbyłam się jednego ze służących, ponieważ mam dość ich uległości, na którą nie mają żadnego wpływu, a my to bezdusznie wykorzystywaliśmy. Mówię w czasie przeszłym, drogi mężu, ponieważ od dzisiaj, wszystko ulegnie zmianie, a zaczniemy od zwolnienia wszystkich służących – im więcej Narcyza mówiła, tym bardziej mężczyzna rozszerzał oczy i jeszcze trochę, a wypadłyby mu gałki z oczodołów. Na szczęście, czy też nie, jego zdziwienie uległo wściekłości, jednak ze ściśniętymi wargami w wąska linię, wciąż słuchał co ma do powiedzenia jego żona. – Śmiem twierdzić, że jesteśmy w stanie sami przygotowywać sobie posiłki, sprzątać czy też wykonywać jakiekolwiek podstawowe czynności, dlatego nie zrozumiałabym twojej bezradności Lucjuszu, a tym bardziej gniewu, bo chyba nie trzeba nas niańczyć, czyż nie? Jakkolwiek by nie brzmiała twoja opinia, myślę, że wezmę ją pod uwagę tak samo, jak ty od lat słuchałeś tego, co ja mam do powiedzenia.
Oczy Lucjusza błysnęły gniewnie, jednak ku zdumieniu Draco, mężczyzna nadal słuchał wywodu swojej żony. Oboje byli zdziwieni jej stanowczością, a co więcej, jej determinacją do zmiany na lepsze.
- Tak więc, chciałabym cię poinformować, ciebie również synu, o zmianach jakie nadejdą w naszym życiu. Myślałam nad tym od dawna i nie pozwolę, żeby głupie stereotypy doprowadziły do choćby najmniejszego konfliktu. Jedną wojnę mamy za nami i prawie straciłam w niej syna, nie mam zamiaru przeżywać tego znowu. Draconie, rozmawiałam z dyrektor McGonagall, jest przychylna byś powrócił na ostatni rok do Hogwartu i zanim usłyszę chociażby słowo sprzeciwu – tak, jesteś już dorosły, jednak nadal mieszkasz pod naszym dachem i nie pozwolę, by moje dziecko nie skończyło szkoły. Dbam o twoją edukację, synu, a myślę, że tobie też to dobrze zrobi… - spojrzała na syna wzrokiem przepełnionym troską, ale Draco dostrzegł również, tak rzadko u niej spotykaną, surowość i motywację. Wiedział, że nie wybije matce tego pomysłu z głowy. Nawet chyba nie chciał. Ojciec jednak wydawał się rozbawiony, co zainteresowało Dracona.
- Skończyłaś już tą szopkę, moja droga? Zwalniaj sobie służących, posyłaj syna do szkoły, ale nie zapominaj, że jesteśmy skazani na potępienie za nasze czyny. I nie zmienisz tego pozbywając się kilku skrzatów – skwitował chłodno ojciec, jednak nie zniechęciło to Narcyzy.
- Jaką szopkę, mój drogi? To jest rzeczywistość. Ty również nie zapominaj, że na żadne potępienie nie jesteśmy skazani. Jesteśmy skazani na to, że nasze nazwisko zawsze będzie się kojarzyło ze złem, a to można zmienić. Nie przekonamy wszystkich, ale wystarczy chociaż spróbować. Lucjuszu, na Merlina, nie mogę wyjść z domu, nie będąc wytykaną palcami i słysząc szepty o mojej służbie u Voldemorta, ale nie zniechęca mnie to! Wręcz przeciwnie, ci ludzie nie rozumieją w obliczu jakiego ryzyka podejmowaliśmy decyzję. Oni nie wiedzą, jakiego strachu doznaliśmy, nie. Ale można to powoli im uświadomić. Chcę żyć inaczej, Lucjuszu. Jak mogliśmy dopuścić, żeby o życiu naszej rodziny decydowała krew? Jakby pomiędzy naszym światem, a tym niemagicznym była wielka przepaść. Chore i nielogiczne argumenty o tym, że jesteśmy lepsi od mugolaków. Nie jesteśmy. To my i nasze niepoprawne przekonania doprowadziły do tragedii i najwyższa pora wyciągnąć z tego lekcję.
Zapadła cisza, którą przerywały jedynie krople deszczu, bębniące o szybę. Trudno ocenić, kto był bardziej zaskoczony, Draco czy Lucjusz? Ten pierwszy z pewnością nie mógł wymarzyć sobie lepszej okazji. Okazji, by zacząć na nowo. Teraz miał pewność, że choćby nie wiadomo co, zawsze będzie miał wsparcie matki. Miał tylko nadzieję, że ojciec za bardzo mu tego nie utrudni.
- Co ty o tym myślisz, Draco? – usłyszał ciche pytanie z ust Lucjusza. Wiedział, że ojciec oczekiwał od niego, że będzie uległy i powie matce jak niedorzeczne jest to, co mówi. Tylko, że on wcale tak nie myślał. Dostał swoją wolność i miał zamiar ją wykorzystać.
- Myślę… - matka spojrzała na niego i Draco wiedział, że ona też pokładała w nim nadzieję. Liczyła, że odnajdzie w sobie siłę, tak jak i ona ją odnalazła. Zawsze stała za nim murem. – Myślę, że matka ma rację.
- Czyżby? – Lucjusz odezwał się, zaraz po tym jak Draco kończył wypowiadać ostatnie słowo. Jakby dokładnie wiedział co powie. – I co macie zamiar zrobić? Ot tak, zacząć udawać, że nigdy nie gardziliście mugolakami? Myślicie, że ludzie wam wybaczą? Że zapomną?
- Nie wiem, Lucjuszu. Ale spróbujmy. Nigdy tak nie myśleliśmy, a zakorzeniając chore ideały w głowie naszego syna, popełniliśmy ten sam błąd, co nasze rodziny. Od zawsze uważali się za lepszych od innych, ale w obliczu tego, co wiemy teraz Lucjuszu, dobrze zdajesz sobie sprawę jak dalekie jest to od prawdy.
Twarz mężczyzny nie wyrażała nic, a zarówno Narcyzie jak i Draconowi trudno było domyślić się, co teraz myśli. I tak jak przed chwilą stał przed nimi, tak bez słowa opuścił pomieszczenie. Chłopakowi zrzedła mina, jednak nie wiedzieć czemu Narcyza odetchnęła z ulgą. Draco spojrzał na nią z niedowierzaniem.
- I co teraz? – zapytał jakby z wyrzutem. – Wróci i nas wszystkich pozabija.
Narcyza roześmiała się perliście i poklepała syna po ramieniu.
- Och, Draco! Chyba wcale nie znasz swojego ojca. Jakby chciał nas pozabijać, to zamiast indyka, skrzaty serwowałyby nasze ciała. I tak jest lepiej niż myślałam, spodziewałam się krzyków i wielkiej awantury. Na szczęście przyjął to dość spokojnie, dopilnuję, by swoim uprzedzeniem nie utrudniał nam tej decyzji. Mam nadzieję, że kiedyś sam uzna to za słuszne. Na razie jednak powiedz mi synu, co zamierzasz? – spojrzała na niego z wyczekiwaniem. Draco, nadal będący lekko zdezorientowany zaistniałą sytuacją, westchnął ciężko. Sam nie wiedział, od czego ma zacząć. Wiele rzeczy zrozumiał, ale to nie od niego wszystko zależało, ludzie zawsze będą go postrzegali przez pryzmat przeszłości. Powrót do Hogwartu był jednak swego rodzaju szansą na zmianę. Miał tylko nadzieję, że mu się uda. Nie zmieni wszystkich nawyków, nie zmieni czynów dokonanych wcześniej, ale chce stać się choć odrobinę lepszym człowiekiem niż jest teraz. Wiedział również, że nie przyjdzie mu to łatwo.
- Nie jestem pewien czy uda mi się wyzbyć wszystkich ideałów, które wbijaliście mi do głowy od kiedy pamiętam, ale wiem na pewno, że nie chcę być już tym złym, matko – powiedział, wbijając wzrok w leżący nieopodal pogrzebacz. Naszła go myśl, że gdyby pomyślał - chociażby pół roku wcześniej - o tym, aby porzucić dotychczasowy styl życia i zignorować wszystkie wpajane przez lata wartości na temat mugoli, sam ukarałby się tym pogrzebaczem. Tylko utwierdził się w przekonaniu, że naprawdę niewiele go różniło od zwykłego skrzata.

Następnego dnia pogoda była o wiele lepsza, przestało padać, a zza kłębów chmur przebijały się promienie słońca. Nadal jednak, co chwilę podmuchy chłodnego i silnego wiatru zwiewały ludziom czapki z głów, szale z szyi i wyrywały parasole z rąk. Nie było się co dziwić, był już w końcu dwudziesty dziewiąty sierpnia, więc jesienna pogoda coraz śmielej szarżowała na terenie Londynu. Jak zwykle pod koniec miesiąca na Pokątnej  panował dość spory ruch. Draco lawirował pomiędzy tłumem ludzi, słysząc od czasu do czasu szepty i pomruki, mijających go ludzi. Nie miał wątpliwości kogo one dotyczyły. Mina mu zrzedła, jednak nie spodziewał się innego zachowania, w końcu był tym, kim był i nic nie sprawi, że inni tak po prostu zignorują fakt jego mrocznej przeszłości. Nie unikał jednak lodowatych spojrzeń, skierowanych w jego stronę i śmiało je odwzajemniał. Ludzie i tak będą gadać swoje, a on nie chciał, żeby myśleli, że teraz będzie się przed nimi płaszczył. Może i popełnił kilka błędów, ale nie tylko on miał swoje za uszami.
Jego ponure refleksje przerwało zamieszanie przed Lodziarnią Floriana Fortescue’a. Odwrócił głowę w tamtą stronę i natychmiast tego pożałował, kiedy jego wzrok spotkał się ze spojrzeniem Harry’ego Pottera. Wiedział, że nikt nie spodziewał się po nim powrotu do Hogwartu, a reszta jego przyjaciół już odpowiednio poinstruowana przez byłego wroga, również skierowała swój wzrok w jego stronę. Byli zaskoczeni, choć tylko u tej Granger zauważył błysk zainteresowania. Zawsze uważał ją za wścibską. Z obojętną miną lekko skinął głową, w formie powitania, lecz nie spodziewał się tego samego. On im więcej zawdzięczał, a zwłaszcza Potterowi, a oni nie mieli żadnego powodu, by chociażby zaszczycić go spojrzeniem. W końcu to on doprowadził do takich wrogich stosunków. Z lekkim zaskoczeniem spostrzegł jednak, że cała trójka odwzajemniła gest, a potem ruszyli dalej i weszli do budynku nieopodal. Draco zauważył, że niestety była to księgarnia Esy i Floresy, do której on również się kierował. Przez moment chciał zawrócić i najpierw zawitać u Madame Malkin, jednak po chwili stwierdził, że to dziecinne. Nie będzie przecież uciekał i chował się po całej Pokątnej. Znalazł w sobie resztkę motywacji, westchnął i ruszył śladami byłych wrogów.
Chociaż wejście do księgarni nie było ubogie, gdyby ktoś pierwszy raz odwiedzał to miejsce, nie spodziewałby się wewnątrz takiego przepychu. Budynek był średnich rozmiarów, lecz w środku Esy i Floresy wydawały się małą klitką, głównie z powodu ogromnej ilości książek i woluminów, umieszczonych na regałach, które sięgały do samego sufitu. Z pewnością można tu znaleźć informacje na każdy temat, od tych dotyczących magicznych roślin, samodzielnego konserwowania mioteł czy zaklęć i przeciwzaklęć, aż po te, mówiące o omenach śmierci i innych bzdetach, które Draco osobiście uważał za durne wymysły. Mimo, że ciężko było się przemieszczać pomiędzy stosami książek, ułożonych w kątach księgarni, chłopak zgrabnie wyminął jeden i skierował się schodami na wyższe piętro. Kilka stopni skrzypiało pod jego stopami, lecz zagłuszał je ogólny gwar w pomieszczeniu, szczególnie nasilony, gdy zgromadzeni dostrzegli wśród tłumu klientów sławnego Harry’ego Pottera wraz z resztą kompanii. Wokół nich zebrało się kilka osób, chcących otrzymać autograf od każdego z nich. Tylko Weasley był zadowolony z tego powodu, natomiast dwójka pozostałych stała z nietęgą miną, z pewnością marząc o chwili spokoju. Niestety musieli się liczyć z zainteresowaniem ludzi w każdym miejscu. Draco lawirował pomiędzy regałami, szukając odpowiedniego podręcznika i co jakiś czas spoglądając na ich listę, rozpraszany w niektórych momentach przez zamieszanie na dole. Gdy została mu już tylko ostatnia pozycja ze spisu, usłyszał ciche kroki i lekkie westchnienie.
- Och, czasami naprawdę mam dość tego całego zainteresowania naszymi osobami. Nawet już na zakupy nie można iść, nie będąc obleganym przez natrętnych ludzi – rozpoznał ten głos, niemal od razu. Tak często go słyszał, jednak wtedy była w nim złość i wrogość. Teraz raczej wyrażał zniecierpliwienie i irytację.
- Hermiono, to normalne, że teraz jesteśmy bardziej rozpoznawalni. Chociaż jest to męczące, nie powiem. A tak w ogóle, to gdzie jest Harry? – ten głos również znał doskonale. Próbując uniknąć spotkania z tą dwójką, ukrył się głębiej w cieniu i plecami przyległ do regału, a półki wbijały mu się nieprzyjemnie w plecy. Usłyszał jeszcze jak Weasley mówi, że pójdzie po Pottera, który poszukiwał któregoś z podręczników, a Granger nadal mamrocząc coś o braku prywatności, ruszyła wzdłuż regału z książkami numerologicznymi. Chłopak dostrzegł, że pod pachą niosła również dwa podręczniki dotyczące astronomii. Podejrzewał, że to te przedmioty wybrała jako dodatkowe na siódmym roku. On sam zainteresował się tylko tym drugim, zawsze miał orientację w gwiazdach, ich gromadach i bez problemu mógł określić ruch danej planety. Jako kolejny obowiązkowy przedmiot wybrał taki, który sam uważał za absurdalny i mimo wewnętrznych sprzeciwów, to ostatecznie zdecydował się na Mugoloznawstwo. Zajęty obserwacją dziewczyny, zapomniał, że ukrywa się w kącie jak skończony kretyn i gdy lekki podmuch wiatru skierował w jego stronę odrobinę kurzu, nie mogąc się powstrzymać kichnął, a Hermiona przestraszona jego obecnością, podskoczyła, wypuszczając wszystkie trzymane woluminy.
- Na Merlina! – wykrzyknęła i już chciała skarcić tajemniczą osobę za skradanie się i straszenie innych, lecz gdy jej wzrok spoczął na nim, jej mina z zirytowanej przeistoczyła się w obojętną. – Ach, to ty.
Powiedziała to, automatycznie odwracając wzrok i Draco zauważył, że zrobiła krok do przodu, z pewnością z zamiarem odnalezienia swoich towarzyszy, lecz w pewnym momencie przystanęła i z odczuwalną niechęcią odwróciła się i kucnęła. Zapomniała o książkach. Chłopak obserwując ją, czując się lekko niezręcznie, przez chwilę walczył sam ze sobą. W końcu jednak schylił się, podniósł jeden podręcznik, który wylądował tuż pod jego nogami i podał zdziwionej dziewczynie. Nie ukrywała swojego zaskoczenia i świdrując go wzrokiem stała przed nim, a dopiero po kilku sekundach bez słowa chwyciła przedmiot i odeszła. Gdy stanęła na pierwszym stopniu schodów, usłyszał ciche podziękowania. Chociaż nie był pewny czy sobie tego nie wyobraził.

Po skończonych zakupach w księgarni, z trudem pozbywając się tłumu zainteresowanych, cała trójka udała się jeszcze do Magicznych Dowcipów Weasleyów żeby zamienić kilka zdań z bliźniakami. Gdy tylko przekroczyli próg sklepu, z lewej strony buchnął w ich stronę gobelin, który wydzielał intensywnie pomarańczowy kolor i zarazem śmierdział jak nogi trolla. Hermiona natychmiastowo zakryła się szalem, próbując nie wdychać tego wstrętnego odoru i ruszyła w stronę Weasleyów, którzy wesoło do nich machali z podestu. Dwójka pozostałych, naśladując przyjaciółkę, podążyła jej śladem i odwzajemnili gest bliźniaków.
- Kogo moje piękne oczy widzą? Witamy w najlepszym sklepie z czarodziejskimi gadżetami, oczywiście wszystko legalne i bezpieczne – zapewniał Fred, przybierając na twarzy słynny łobuzerski uśmiech. Hermiona posłała mu powątpiewające spojrzenie, ale na jej ustach zagościł lekki uśmiech. Wesoły nastrój podnosił ją na duchu, a nawet przez moment nie myślała o wydarzeniach sprzed pół roku. Bliźniacy mieli to do siebie, że rzadko kiedy byli ponurzy, zawsze sypnęli ciętą ripostą czy żartem tak głupim, że aż śmiesznym.
- Hej, a co to jest? – spytał Ron, wskazując na dziwny przedmiot, znajdujący się na półce obok. Prawie go strącił, co przykuło jego uwagę. Trudno było określić do czego służył, z pozoru zwykły czarny klocek w kształcie prostokąta, ale gdy tylko dłoń chłopaka dotknęła przedmiotu, z wnętrza klocka wysunął się podłużny patyk, zakończony migającą czerwoną, szklaną kulką.
- To, nasz drogi braciszku, jest ulepszona wersja Uszu Dalekiego Zasięgu. Wystarczy, że wrzucisz tą oto kulkę do pomieszczenia, w którym znajdują się osoby, których rozmowę chcesz podsłuchać, a wszystko słyszysz tutaj – wskazał na czarny klocek, na którym ku zaskoczeniu całej trójki, pojawiło się kilka malutkich, okrągłych dziurek. Hermionie bardzo przypominało to mugolskie Walkie-talkie. – W przeciwieństwie do Uszu, tą kuleczkę możesz wrzucić komuś do kieszeni, tak naprawdę gdziekolwiek, a ona dzięki kilku naszym ulepszeniom jest w stanie przekazać informację nawet z dość dalekiej odległości.
Szatynka chyba po raz pierwszy nie miała zastrzeżeń do wyrobu Weasleyów i z zaciekawieniem słuchała instrukcji obsługi Spy-Kloca. Bliźniacy pokazali im jeszcze kilka nowości, aż Ron, który miał dość słuchania żartów na jego temat, marudził, by już wracać. Unikając śmigających po całym sklepie fajerwerków, które strącił niechcący jakiś dzieciak, a które zapaliły się od Mutujących Cygar, szybko opuścili sklep i przez chwilę słyszeli jeszcze głośne wybuchy i eksplozje Narowistych Świstohuków. Hermiona stwierdziła, że ta dwójka rudzielców musi mieć anielską cierpliwość, skoro sami jeszcze nie wybuchnęli. Z drugiej strony chyba nigdy się nie nudzili i lubili to, co robią.
Rozdzieliła się z chłopakami niedaleko Dziurawego Kotła, ponieważ Harry, który przebywał u Rona na resztę wakacji, chciał koniecznie obejrzeć nowy model Błyskawicy, a ona nigdy nie przepadała za Quidditchem. Dlatego teleportowała się w ciemny zaułek koło swojego domu, a zanim całkowicie zniknęła z Ulicy Pokątnej, ujrzała jeszcze w tłumie charakterystyczną blond głowę. Przez głowę przemknęła jej myśl, czy Malfoy miał chwilowy zanik pamięci albo własnej tożsamości, czy zupełnie świadomy podał jej tę książkę. I zastanawiała się jeszcze przez moment, co skłoniło go do powrotu na siódmy rok w Hogwarcie. A potem, całkowicie nie przejmując się arystokratą, poczuła szarpnięcie i po chwili znalazła się w pustym domu, odziedziczonym po rodzicach. Nie mogła odebrać im radości spełniających się marzeń, ponieważ widząc ich tak radosnych w Australii, wiedziała, że nie będzie miała serca prosić ich, by wrócili z nią do Londynu. Z tego powodu została sama, mieszkając od pięciu miesięcy w zdecydowanie za dużym, jak na jedną osobę, domu, marząc o kimś z kim będzie mogła go dzielić. I właśnie ta samotność skłoniła ją, aby powrócić do Hogwartu. Z ledwością namówiła na to samo Harry’ego i Rona, którzy planowali własną przyszłość i tylko ona nie miała z kim snuć podobnych planów.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Mia Land of Grafic